Zamknij

Zawiodła nie tylko matka? Kulisy śmierci Emilki z Siedlec

11:38, 07.07.2025 Aktualizacja: 12:38, 07.07.2025
Skomentuj

„Nie mogę powiedzieć, że ona tego dziecka nie kochała” – te słowa padły na sali sądowej 3 lipca i trudno o bardziej nieoczywiste zdanie w procesie, którego centralnym punktem jest śmierć trzyletniej dziewczynki. Emilka nie mówiła, miała padaczkę , często się „zawieszała”. Klaudia G., jej matka, miała zaledwie 25 lat, kiedy postawiono jej zarzut znęcania się nad córką ze szczególnym okrucieństwem. Grozi jej nawet 10 lat więzienia.

Tego, co wydarzyło się w jednym z mieszkań przy ul. Wyszyńskiego w Siedlcach, nie sposób wytłumaczyć jednym słowem. Obraz, jaki wyłania się z relacji świadków, to nie tylko dramat dziecka, ale też historia porzuconego ojcostwa, nieskutecznych prób pomocy, wypieranej choroby i społecznej obojętności. Choć na ławie oskarżonych siedzi Klaudia, to pytania o odpowiedzialność zawisły także nad jej bliskimi, instytucjami, a nawet systemem.

Przypomnijmy: Emilka zmarła w wyniku skrajnego zaniedbania. O tej wstrząsającej sprawie informowaliśmy jako pierwsi, a wieść o śmierci dziewczynki, której ciało nosiło liczne ślady zaniedbania i wyniszczenia, wstrząsnęła nie tylko lokalną społecznością, ale i całą Polską.

Tragedia rozegrała się w nocy z 1 na 2 sierpnia 2024 roku w jednym z mieszkań na siedleckim osiedlu. To tam ratownicy medyczni, wezwani w związku z pogarszającym się stanem zdrowia dziecka, bezskutecznie próbowali przywrócić Emilii funkcje życiowe. Dziewczynka zmarła na oczach służb. Wstępne wyniki sekcji zwłok nie pozostawiały wątpliwości. Ciało było wyniszczone, z przykurczami kończyn, odparzeniami, odleżynami i oznakami rozległego stanu zapalnego w płucach.

Biegli, którzy analizowali sprawę, stwierdzili jednoznacznie: bezpośrednią przyczyną śmierci Emilii było ropne zapalenie płuc, do którego doprowadził skrajny stan wycieńczenia. Ten zaś był efektem długotrwałego braku opieki zarówno medycznej, jak i podstawowej, codziennej troski. Klaudia G. nie leczyła dziecka, nie zapewniała mu rehabilitacji, nie karmiła odpowiednio, nie dbała o higienę, ignorowała objawy choroby. Co więcej, izolowała córkę od świata i przez wiele godzin pozostawiała ją samą, bez jedzenia, picia, bez choćby cienia obecności drugiego człowieka. Według aktu oskarżenia, dramat dziewczynki trwał co najmniej od marca.

Ucieczka od odpowiedzialności?

Ojciec Emilki ostatni raz widział dziewczynkę pół roku przed jej śmiercią. Gdy na rozprawie sąd zapytał, dlaczego tak długo nie próbował nawiązać kontaktu, odpowiedzi były wymijające. Twierdził, że matka utrudniała mu widzenia. Na pytanie sędzi Małgorzaty Semeniuk, co zrobił przez ten czas, by dowiedzieć się, jak żyje jego córka, odpowiedział wyraźnie zirytowany: - Nic. Liczyłem, że Klaudia się w końcu ogarnie.

Zeznania mężczyzny były pełne sprzeczności, bo z jednej strony deklarował troskę, ale z drugiej przyznawał, że nie interesował się aż nadto zdrowiem dziecka. Nie zaprzeczył, że alimenty płacił w wysokości 500 zł, choć matka domagała się 2,5 tys. złotych. 

Formalnie wciąż mąż Klaudii nie ukrywał, że zauważył u niej symptomy zmian.  - Tuż przed naszym rozstaniem Klaudia zaczęła się izolować od wszystkich. Przestała o siebie dbać. Potrafiła nie myć się przez tydzień. Proponowałem jej psychologa. Raz byliśmy nawet u niego, ale Klaudia stwierdziła, że nie potrzebuje pomocy i nie będzie do niego chodziła - wspominał. 

Wielu świadków potwierdzało, że ojciec zmarłej dziewczynki był praktycznie nieobecny w jej życiu. Nie widywano go z dzieckiem. Widziano zaś SMS-y, w których Klaudia prosi go, aby zabrał córkę do siebie. Albo nie opisywał, albo odmawiał, tłumacząc się pracą w delegacji. 

Ślady szukania ratunku

Świadkowie – przyjaciółka, znajoma z wojska, a nawet konkubent – rysowali obraz kobiety, która bywała coraz bardziej zagubiona: "Klaudię bolało to, że Emilka nigdy nie powie do niej mamo", "Straciła pracę w wojsku. To też mocno ją przybiło", "Już wcześniej miewała takie stany depresyjne" - przyznawali otwarcie. 

Z relacji przyjaciółki wynika, że Klaudia próbowała szukać pomocy dla córki, ale nie do końca wiedziała, gdzie ją znaleźć: - Szukałyśmy ośrodka dla Emilki, bo Klaudia chciała oddać małą na leczenie. Większość placówek nas zbywała, ponieważ choroba Emilki była tak zaawansowana.

Wiedział, nie reagował

Konkubent Klaudii przyznał, że dziewczynka wielokrotnie zostawała sama w domu. - Ze 2-3 razy jeździliśmy do Kałuszyna nad wodę. Emilia zostawała sama. Jak wychodziła do klubu na imprezę to było podobnie - zeznał. 

- Przy mnie dawała jej jeść, przebierała ją. Ale widziałem, że małej nieco się pogarsza – mówił. Na pytanie sądu: „Czyje to były zaniedbania?” odpowiedział bezrefleksyjnie: „No matki, przecież nie moje”.

W pewnym momencie dodał jeszcze: - Żałuję wiadomości do Klaudii, w których źle się wyrażałem o dziecku. 

Feralna noc

Była noc z 1 na 2 sierpnia. Klaudia G. niespodziewanie napisała do przyjaciółki, z którą od trzech miesięcy nie utrzymywała żadnego kontaktu. "Źle się czuję psychicznie. Mała jest bardzo chora" - miała napisać, jakby wołała o pomoc w ostatnim możliwym momencie. Wiadomość zaniepokoiła kobietę, więc wsiadła w samochód i przyjechała do mieszkania Klaudii.

To, co zastała, zostanie w jej pamięci na długo. Kobieta nie kryła emocji podczas składania zeznań. Przed sądem przyznała, że Klaudia, słuchając poleceń dyspozytora z numeru alarmowego 112 reanimowała dziecko do czasu przyjazdu karetki. Z perspektywy czasu coraz częściej zastanawia się, czy matka Emilki nie poprosiła jej o przyjazd tylko po to, by mieć świadka. - Być może chciała, żeby ktoś zobaczył, że próbowała ratować dziecko - zeznała.

W pamięci kobiety zapadł też jeden, z pozoru nieistotny szczegół - sukieneczka, w którą ubrana była dziewczynka. - Jak na miejsce przyjechało pogotowie, zdziwiło mnie to, że nagle Emilka była ubrana w sukienkę. Nie widziałam momentu, w którym Klaudia miałaby ubrać dziecko - wspominała w sądzie. 

Sąd pyta: kto naprawdę zawiódł?

To nie był proces, w którym odpowiedzi padają wprost. To był dzień, w którym sąd nie tyle słuchał, co musiał dociekać krok po kroku, pytając: „Co pan zrobił, żeby dowiedzieć się o stanie córki?”, „Dlaczego nie zainteresował się pan, że obcy mężczyzna zajmuje się pańskim dzieckiem?”, „Czy próbował pan pomóc?”.

Jedno z najważniejszych pytań padło z ust sędzi, gdy zapytała świadka: „Jak to się stało, że przy panu dziecko powoli umierało?”. W tym procesie nikt nie może uciec od odpowiedzialności – nie tylko matka, ale i jej otoczenie, które milczało, odwracało wzrok lub zwyczajnie nie wiedziało, jak pomóc.

Potwór czy ofiara własnej niemocy?

Wiele osób na sali sądowej mówiło o tym, że Klaudia G. była załamana po utracie pracy w wojsku, że straciła cel, że „przerosła ją sytuacja”.  Niektórzy świadkowie widzieli w niej samotną, młodą kobietę, która nie miała wsparcia. Inni zaś osobę, która nie potrafiła zadbać o najważniejsze: bezpieczeństwo własnego dziecka. Jaka naprawdę była wówczas Klaudia G.? Zagubiona, wyczerpana, osamotniona? A może wyrachowana, okrutna, ze zdolnościami manipulacyjnymi? Kilka osób podczas zeznań nie kryło, że kobiecie zdarzało się przeinaczać fakty, kłamać bądź ukrywać dokumentację medyczną Emilki. 

„Nie potrafiła zaakceptować choroby córki” – to zdanie również odbijało się echem na sali, jakby było kluczem do całej historii.

Kolejna rozprawa oskarżonej planowana jest pod koniec lipca. 

 

(PA)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
Nie przegap żadnego newsa, zaobserwuj nas na
GOOGLE NEWS
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarz(1)

samotna matka , kiedsamotna matka , kied

1 0

Kto nie wychowywał sam dziecka, ten nie wie jak to jest. Jeszcze chorego. Alimenty to nie wszystko.

13:04, 07.07.2025
Odpowiedzi:0
Odpowiedz

0%