5 stycznia mężczyzna odczuwał silny ból brzucha. Zgłosił się do nocnej pomocy lekarskiej w Siedlcach, gdzie lekarz przyznał, że nie wie, co mu jest, i zapytał, czy zgadza się na hospitalizację. Pomimo jego sygnałów i objawów jak mówi nie wykonano żadnych podstawowych badań, a na końcu odesłano go do lekarza rodzinnego. – Po co wysyłać do szpitala, skoro tam też nic nie wiedzą? – pyta z frustracją i wściekłością. Czy tak wyglądają realia pomocy?
Nasz rozmówca, który chce pozostać anonimowy, zdecydował się opowiedzieć swoją historię. Chce ostrzec innych i pokazać, jak naprawdę wygląda polska służba zdrowia.
5 stycznia rano poczuł silny ból brzucha. Około godziny 6.00-7.00 zgłosił się do nocnej pomocy lekarskiej w szpitalu wojewódzkim w Siedlcach, mając nadzieję na szybką diagnozę. Lekarz przyznał wprost, że nie wie, co mu dolega, i dopiero wtedy zapytał, czy pacjent zgadza się na hospitalizację. Po wyrażeniu zgody mężczyzna został skierowany do szpitala.
Cała sytuacja trwała do południa. Pomimo wyraźnych objawów i sygnałów ze strony pacjenta nikt nie wykonał podstawowych badań krwi ani moczu. Zrobiono natomiast RTG. Po co? Nasz rozmówca nie wie. – Ale wiem, że zamiast tego przepisano mi lek przeciwzapalny i odesłano do lekarza rodzinnego bo krew i mocz to „podobno tam trzeba”. Do lekarza, do którego na wizytę nie miałem szans dostać się tego samego dnia – mówi.
Na dodatek mężczyzna z niedowierzaniem zauważył, że pacjenci, którzy byli wcześniej na Izbie Przyjęć, również trafili na SOR za nim. Dziś komentuje: – Wszyscy idą w tym samym kierunku, nikt nie wie, co robić. Człowiek czuje się jak numer w systemie, a nie pacjent z bólem.
Chaos i absurdy systemu
W poczekalni ktoś szeptał, że podobno od stycznia SOR decyduje o hospitalizacji pacjenta. Nasz rozmówca poczuł wściekłość: – Jaki był sens iść na nocną pomoc albo Izbę Przyjęć? Mogłem od razu iść na SOR! A tak tracę czas, energię, czuję ból i… I kończę z niczym!
Brak podstawowych badań, odsyłanie od punktu do punktu i sprzeczne informacje z poczekalni sprawiły, że pacjent czuł się kompletnie zignorowany. – Człowiek zaczyna wątpić, czy w tym systemie w ogóle istnieje realna pomoc. To wkurzające i przerażające zarazem – ocenia. Zaznacza również, że nie ma bezpośrednich pretensji do placówki, tylko do całego systemu zdrowia.
– Po co wysyłają mnie z punktu do punktu, skoro i tak nic nie wiedzą? – pyta nasz rozmówca. – Nie zrobili nawet podstawowych badań! Badania, testy, leki… I co? Powiedziano mi: „Może to nie to, może tamto, a może coś jeszcze innego”. Człowiek czuje się jak piłka w systemie, którą odbijają bez myślenia.
Dzień, który miał przynieść ulgę, stał się dla niego koszmarem. Siedział do południa, przeszedł przez kilka punktów medycznych, przyjął lek – i wciąż nie wie, co dokładnie mu dolegało. – Czuję się kompletnie załamany i wściekły. System mnie zawiódł – dodaje.
Gdzie szukać pomocy?
Nasz czytelnik pyta: – Czy pozostały mi tylko prywatne poradnie, w których mogę liczyć na kompleksowość badań? Badań, na które zwyczajnie mnie nie stać?
Mężczyzna do dziś nie wie, co mu dolegało. – Wiem jedno: w takim systemie przeżyją tylko najsilniejsi. Zamiast pomagać, odsyła od punktu do punktu, ignoruje objawy pacjenta i niszczy poczucie bezpieczeństwa. Ludzie przestają wierzyć, że mogą w nim liczyć na realną pomoc. Po co w ogóle wysyłać do szpitala, jeśli tam też nic nie wiedzą? Dlaczego wszyscy, którzy byli przede mną, idą w tym samym chaotycznym kierunku? To wkurzające i nie do przyjęcia!
To pytanie pozostaje aktualne dla tysięcy Polaków, którzy codziennie próbują znaleźć realną pomoc w polskim systemie ochrony zdrowia.
Zapytaliśmy więc Mazowiecki Szpital Wojewódzki im. św. Jana Pawła II w Siedlcach o przebieg sytuacji i o to, jak wygląda ona z punktu widzenia placówki.
Dyrektor ds. medycznych Mariusz Mioduski wyjaśnia: – Szanujemy naszych pacjentów, jednak musimy przestrzegać obowiązujących procedur. Rozumiemy ich rozgoryczenie, ale pacjent uzyskał pomoc zgodnie z obowiązującymi zasadami. Niestety wygląda to tak, że za diagnostykę w ramach Izby Przyjęć Narodowy Fundusz Zdrowia nie płaci szpitalowi, dlatego w tym miejscu wykonywana jest jedynie kwalifikacja do przyjęcia lub dyskwalifikacja.
Jak podkreśla dyrektor, gdyby pacjent wymagał natychmiastowej hospitalizacji, lekarz z Izby Przyjęć mógłby go przyjąć. Jeśli natomiast lekarz stwierdzi, że pacjent wymaga jedynie pomocy doraźnej, udzielana jest ona w ramach Szpitalnego Oddziału Ratunkowego (SOR). Nocna i świąteczna pomoc lekarska funkcjonuje jako przedłużenie podstawowej opieki zdrowotnej – służy pacjentom, którzy w danej chwili nie mają możliwości wizyty u lekarza rodzinnego.
– W praktyce oznacza to, że Izba Przyjęć zajmuje się tylko kwalifikacją do przyjęcia do szpitala, natomiast jeśli chodzi o udzielenie natychmiastowej pomocy, robi to SOR. W tym przypadku pacjent taką pomoc otrzymał. Niestety system jest taki, jaki jest, i rozumiemy rozgoryczenie pacjentów w sytuacjach, gdy szukają pomocy w bólu. Polski system dzieli odpowiedzialność między Izbę Przyjęć a SOR, co często sprawia, że pacjent porusza się między tymi punktami w poszukiwaniu pełnej diagnozy i wsparcia medycznego – mówi Mariusz Mioduski.
Ta historia pokazuje, że dla wielu pacjentów polski system ochrony zdrowia wciąż bywa labiryntem – miejscem, w którym procedury i podział odpowiedzialności często przysłaniają realną pomoc i poczucie bezpieczeństwa.

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz