Poznałam Panią Mariannę przypadkiem w urzędzie. Kilka słów o zimie, dzieciństwie i ognisku przerodziło się w opowieść, która wzrusza do łez.
Poprosiła mnie o pomoc przy dokumentach w Siedlcach. Myślałam, że to będzie zwykła, krótka wizyta – kilka podpisów, uśmiech i koniec dnia. Ale gdy zobaczyłam ją siedzącą w rogu poczekalni, z twarzą pełną spokoju i oczami, w których mieszkała cicha tęsknota, poczułam, że to spotkanie będzie inne.
Rozmawiałyśmy o codzienności, o zimie, która teraz przychodzi inaczej niż kiedyś. I wtedy, ze wzruszeniem w głosie, Pani Marianna zaczęła opowiadać.
– Jeszcze kilka lat temu wnuki przyjeżdżały do mnie na każdą przerwę zimową – wspomina, a w jej głosie słychać ciepło i nostalgię. – Teraz wolą restauracje, hotele, narty. A tu… cisza.
Poprosiłam, czy możemy usiąść przy herbacie i porozmawiać spokojnie. Uśmiechnęła się nieśmiało, z lekkim zaskoczeniem i zgodziła. I wtedy opowieść płynęła już sama, jakby wracała do niej nie tylko pamięć, ale i całe serce.
– Zima zawsze zaczynała się tak naprawdę od ich przyjazdu – mówi Pani Marianna, wzruszając się lekko. – Śnieg skrzypiał pod butami, a one wbiegając do domu, rozbijały ciszę tupotem małych stóp. Od razu zdejmowały buty przy piecu, bo było ciepło i pachniało domem. Choinka stała w kącie, nie była idealna, bombki nierówno zawieszone, a jednak wszystko pachniało lasem i bezpieczeństwem. Może nie takim pięknym jak teraz, ale wtedy było najpiękniejszym miejscem na ziemi. Jakby w każdym kącie, w każdym trzasku pieca i w zapachu było zapisane dzieciństwo.
– Rano, gdy mróz malował koronki na szybach, dzieci spały jeszcze pod pierzyną – wspomina z uśmiechem i lekkim wzruszeniem. – Ja czekałam z kubkiem ciepłego mleka, czasem z kożuchem, czasem bez. A jajecznica ze świeżych jajek od naszych kurek skwierczała na patelni. Do dziś pamiętam, jak mówiły, że u mnie smakuje najlepiej.
– Po śniadaniu znikały na dworze – opowiada, wzruszając się. – Śnieg skrzypiał pod butami, policzki piekły od mrozu. Sanki pamiętały wiele zim, a jeśli zabrakło ich dla wszystkich, mieliśmy worek wypchany słomą, zszyty pośpiesznie, gotowy na szaleństwo. Jeździły do zmroku, krzyczały, śmiały się, przewracały w śnieg i wstawały, by znów biegać.
– Najbardziej pamiętam wieczory przy ognisku – mówi z czułością i łagodnym wzruszeniem w głosie. – Rozpalaliśmy je, gdy dzieci były już zmęczone, a niebo granatowe i zimne. Ogień trzaskał, iskry leciały w górę, a dzieci siedziały blisko, grzały ręce i słuchały opowieści. To były chwile, kiedy wszyscy byli razem – bez pośpiechu, bez telefonów, bez zmartwień świata zewnętrznego.
– Teraz już ich nie ma – mówi ciszej, a w jej oczach pojawia się cień łzy. – Wolą wyjazdy, nowoczesność. Ja nie mam żalu, ale czasem serce boli, że nie wracają.
Siedzimy w ciszy. Łatwo w tym świecie gubi się to, co naprawdę ważne: relacje, bliskość, czas spędzony razem.
Czasem wystarczy wyłączyć telefon, pojechać do babci na wsi, usiąść przy stole, wypić kubek ciepłego mleka, posmakować jajecznicy z jajek od kurek, posłuchać historii, które wciąż ktoś pamięta. Dotknąć śniegu, poczuć ognisko, wsłuchać się w śmiech, który już minął, ale wciąż żyje w sercu.
To chwile, które uczą, co naprawdę jest ważne. I które zostają w nas, nawet gdy dzieciństwo odchodzi w przeszłość.
A czasami zwykłe spotkanie, zwykła chwila rozmowy zmienia więcej, niż można by przypuszczać. Wystarczy usiąść, posłuchać, otworzyć się na historię drugiego człowieka – i nagle świat wydaje się bogatszy, pełniejszy i cieplejszy.

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz